grubyzwierz

   STRONA GŁÓWNA

   TEAM ZACHÓD

   ZŁÓW I WYPUŚĆ

   RELACJE Z WYPRAW

  RYBY DRAPIEŻNE

  KARPIOWANIE

  POD LODEM

   FILMY

   GALERIA

   ŁOWISKA

   GRY

   KUCHNIA

 

Troć Regi 2008

STRONA GŁÓWNA => RELACJE Z WYPRAW

czytano

3721

razy

25-28.09.2008

        

TROĆ REGI 2008

Miłość do ryb z płetwą tłuszczową zaczęła się w styczniu, kiedy to The_Animal namówił Bania, Ziomka i Grubegozwierza na wspólne połowy pstrągów. Chłopaki szybko podchwycili temat i do końca sezonu pstrągowego dzielnie zmagali się z dzikimi kropkami z Kwisy i Bobru. Tymczasem nadszedł wrzesień, pstrągów już nie można było łowić, nasi wędkarze postanowili więc wyruszyć w kierunku Pomorza na spotkanie z trociami i łososiami. Wszyscy z nich tak naprawdę jechali w nieznane, uzbrojeni w kilka pudełek przedziwnych przynęt i w zaczerpniętą z Internetu i czasopism wędkarskich wiedzę. Kiedyś, może z 15 lat temu, The_Animal zaliczył jedną z takich wypraw, jednak skończyło się tylko na ostrym odjeździe ryby i wyprostowaniu haka.

Przygotowania do wyprawy zaczęły się 2-3 tyg. przed wyjazdem. Cała czwórka bawiła się wówczas w strugaczo-malowaczy woblerków. Każdy z nich kombinował z kształtem, sterem i kolorem tak, żeby zrobić prawdziwego killera. Oto, co stworzyli:

Woblery Animala

Baniolce Bania

Woblery Bania (z lewej) i Ziomka (z prawej)

Woblery Grubegozwierza

 

Jak widać woblerki wyszły im przeróżne. Te najsmaczniejsze dla troci miały zostać wyłonione już niebawem,

Na swoją bazę noclegową trociowcy znad Odry wybrali Włodarkę. Rega w jej okolicy płynęła bardzo zróżnicowanym korytem. Zdarzały się prostki z wodą po jajka, jak również głęboczki na 3-4 metry. Kilka tygodni wcześniej okolice te rozeznał Ziomek, który przyjechał do Mrzeżyna opalać swój zadek. Namierzył kilka ciekawych miejscówek, które miał później obławiać.

Rega

CZWARTEK

25. września nadszedł bardzo szybko. Podnieceni łowcy szybko spakowali swoje graty do Ziomkowej Hondy i pomknęli nad morze. Ziomek siadł za sterami a Grubyzwierz wcielił się w rolę pilota. Po kilku godzinach jazdy dotarli do Włodarki. Po znalezieniu kwatery i rozpakowaniu gratów cała czwórka zebrała się w domku Animala i Zwierza w celu odbycia narady. Jako rozjaśniacz myśli posłużyła butelka czystej Soplicowej wódeczki. Obmyślając plan zbroili zestawy, aby będąc już nad wodą, nie marnować tak cennego przecież czasu.

PIĄTEK

Chłodny poranek jaki powitał ich nad ranem nie zapowiadał zmiany pogody na lepszą. Wprawdzie prognozy pogody coś wspominały o słońcu, ale kto w to wierzył widząc za oknem taką zimnicę. Plan obmyślili taki: Ziomek i Banio idą w górę rzeki od "stacji pomp" a Animal i Zwierzu w dół, w stronę morza. Po kilku godzinach łowów mieli się spotkać przy samochodzie, aby wymienić spostrzeżenia przy gorącej herbacie. Przez pierwsze dwie godzinki nie działo się nic, aż tu nagle...

Grubyzwierz:

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Bezskutecznie obławiałem nurt i głębsze dołki. Ryb nie było widać. Gdzieś w oddali było słychać jakiś spław, ale nie widziałem co to za ryba. Gdy doszedłem do kolejnej miejscówki, zaciekawiły mnie zwisające pod same lustro wody gałęzie drzew. Woda płynęła tam dość wartkim nurtem, miejscówka wydawała się wręcz idealna. Wykonałem rzut dokładnie pod te gałęzie. Po kilku obrotach korbką poczułem ostre walnięcie. SIEDZI!! Krzyknąłem głośno. Animal już do mnie biegł...

Animal:

Przemierzyliśmy już dobre kilka kilometrów z GrubymZwierzem obławiając co lepsze miejscówki. Woda była fantastyczna - ani za wysoka ani za niska. Słońce wyszło już sporo nad horyzont i zaczęło grzać z lekka pod jesiennym już kątem. Zakładałem kolejnego woblera w nadziei, że właśnie TEN przyniesie mi szczęście... Pajęczyny oblepione rosą przyklejały się do wystających z opuszczonych woderów kolan, było przyjemnie, gdy nagle z parunastu metrów usłyszałem pełen podniecenia okrzyk przestraszonego a zarazem uradowanego Zwierza : "Siedzi !!! Siedzi !!! Maaaam coś !!!"

Rzucam w bok wędkę, plecak sam zlatuje i lecę podciągając po drodze wodery. Niemiłosiernie wysokie trzciny i mokra wciąż od rosy trawa dawała popalić na gołe spodnie. Prawie wyrżnąłem na ukrytej gałęzi o glebę, podbiegam do Zwierza i już widzę jak siedzi załamany z wygięta w pałąk wędką i patrzy na jakąś rybę wiszącą metr w dole. "To szczupak!" - z lekka smutnym głosem mnie informuje. "Podniosę go i wypuszczę".

Jednak ja, trochę bardziej w tym momencie trzeźwo myślący mówię mu: nie dasz rady waży prawie dwa kg. Jakimś sposobem bez sięgania po ostateczność (osękę) udało się go wyjąć. Jak się okazało potem tak był pokiereszowany przez woblera, że wzięliśmy go na wieczorną kolację. Coś się zaczęło dziać - pomyślałem.

Szczupak Zwierza

 

Grubyzwierz:

W pierwszej chwili myślałem, że to troć. Ryba uderzyła w samym nurcie. Jednak okazało się, że to szczupak. Postanowiłem go zabrać na kolację. Szybko go oskrobałem i wypatroszyłem. Z kawała trzciny zrobiłem "agrafkę" do noszenia ryb. Ryba, która miała być trocią lub łososiem okazała się być szczupakiem. Bywa i tak.. Najważniejsze jednak było dla mnie to, że miałem już jakiś kontakt z rybą. Zastanawiałem się tylko, co u Ziomka i Bania...

W trakcie, gdy Zwierzu i Animal focili szczupaka Banio i Ziomek pokonywali kolejne zakręty szukając w czystej wodzie Regi oznak żerowania troci.

Wędkujący Ziomek

Ziomek:

Rega od "stacji pomp" w górę to ciekawa rzeka. Nasz plan jest prosty: Idziemy, rzucamy, znowu idziemy, penetrujemy każdy ciekawy fragment a jest ich sporo. Woda czyściutka, dno widać na 2- 2,5 metrach . A są i głębsze dołki. Ludzi mało, ale i ryby nie widać - to chyba powiązane. Nagle telefon! Jest pierwsza ryba! Waldek ma! Dobrze ponad 1,5 kg ! Super! No prawie? Bo takiego szczupaka to i na Odrze mogliśmy złowić. Walczymy dalej. Łososiowatych nie widać. Kolejna miejscówka. Rynna pod "moim" brzegiem. Dalej piaszczysta płań. Sprowadzam woblerka pod prąd. Powolutku. W polaroidach widzę świetnie niemal całe łowisko. I nagle jak w bajce! Na wprost mnie, z dołka pod nogami, wypływa na płytką piaszczystą płań - ryba! Piękna! 70- 80 cm ! To nieważne, że moja przynęta kilkanaście metrów w dół rzeki. Widzę rybę!!! Śliczna. Trwa to może 2 sekundy. Później się dowiem, że takie widoki to normalka. Jak idzie ciąg, to stadka metrowych ryb potrafią przepłynąć pod nogami wędkarza. I dalej, parte siłą instynktu, w górę rzeki. Ale teraz! Teraz ostro biczuję wodę w nadziei, że wróciła gdzieś pod moje nogi i czeka na woblera!

Nie czekała. Idę dalej...

***

Mijały kolejne godziny, a bezpośredniego kontaktu z trocią nikt do tej pory nie miał. Po kilku godzinach łowów słońce prażyło już tak mocno, że Animal i Zwierzu z trudem brnęli przez nadbrzeżne chaszcze . A że herbata skończyła im się już dawno temu, zaczęli odczuwać wielkie pragnienie...

***

Zwierzu:

Herbatę wypiliśmy zaraz na początków łowów. Zgodnie z umową po kilku godzinach mieliśmy spotkać się przy samochodzie. Już miałem się zapytać Animala, czy wracamy, jak w niedalekiej oddali zobaczyłem wieżowiec. TAK! To na pewno ten budynek, który stoi w Mrzeżynie! JACOL! Idziemy do Mrzeżyna na browara!!!

Animal:

Nie wiem jak to się stało, ale wylądowaliśmy ze Zwierzem mając w plecaku tylko jeden mały termosik z miętową herbatą bez cukru, który skądinąd strasznie szybko wysechł. Przy kolejnym spotkaniu zaczęliśmy się zastanawiać czy aby nie dojdziemy wędkując po drodze do Mrzeżyna i tam nie staniemy popasem na jakiegoś browara. Wydawało się blisko, tym bardziej że przedtem studiowaliśmy wcześniej dokładnie mapę naszego odcinka...

Zwierzu:

Na pierwszy rzut oka było widać, że do Mrzeżyna może jest z 2-3 km. Co to dla nas?! Bułka z masłem. Postanowiliśmy więc, obławiając kolejne miejscówki, dość do miasteczka.. Szliśmy, szliśmy, szliśmy... Po dwóch, może trzech godzinach chciało nam się już tak pić, że zrezygnowaliśmy z dalszych łowów. Zwinęliśmy wędki i rozpoczęliśmy marsz. Po kilkudziesięciu minutach spotkaliśmy wędkarzy. Oznajmili nam, że Mrzeżyno jest za jakieś 2 km. Odetchnęliśmy z ulgą...

Animal:

Nie wiem już ile szliśmy... od jakiejś godziny zaprzestaliśmy całkiem wędkować, celem było tylko piwo. Z zaschniętymi wargami w całkiem niezłym słońcu szliśmy - brzegowym wałem Regi ubrani w wodery kamizelki z wędkami w rękach i szczupakiem powieszonym na trzcinie, wpatrzeni w jakiś majaczący w oddali budynek. Po drodze drzewa oblepione jesiennymi, kolorowymi liśćmi wydawały nam się obwieszonei jabłkami... Aby zwilżyć usta choć by wodą z Regi trzeba było wsadzić dolnik wędki do wody by potem szybkim ruchem zebrać z niego krople i posmarować twarz. Po prostu było zbyt głęboko aby wejść i spore błoto aby sięgnąć ręką, do tego wysoko z pół metra nad lustrem rzeki. Opowiadaliśmy sobie jak wygląda kufelek jasnego lekko zmrożonego i czas jakos leciał. Jacyś wędkarze po drodze powiedzieli że już blisko 2-3 km... chyba z nas zakpili ...

Zwierzu:

Pamiętam swoją radość, jak zobaczyłem pierwsze budynki w Mrzeżynie. Odciski na stopach już nie przeszkadzały tak mocno. Humor wrócił na nowo. Gdy doszliśmy do ogródków działkowych spotkaliśmy pierwszych tubylców:

- Dzień dobry! Przepraszam, do jakiej miejscowości doszliśmy?? - udałem głupa.

- Eee.. ee.. do Mrzeżyna! - odparł zdziwiony tubylec.

- Mrzeżyno, Mrzeżyno... coś mi to mówi.... - Animal mruknął pod nosem. AHA! To tutaj chyba jest morze, co?? - zapytał się z najszczerszą szczerością patrząc w stronę tubylca.

Tubylec stanął jak wryty: "Tak.. tutaj jest morze, kawałek dalej" - wyjęczał już nie zdziwiony, ale mocno zszokowany.

"Aha! A bo my idzimy tak sobie z Trzebiatowa i chyba zapędziliśmy się za daleko, ale nad morze doszliśmy, słyszałeś Zwierzu? Fajnie, co!!! - krzyknął uradowany Animal.

Poszliśmy dalej z trudem opanowując śmiech. Niezły wkręt!

Animal:

... I szliśmy dalej przez Mrzeżyno w woderach, z wędkami, plecakami w kamizelkach, ze szczupakiem przy pasku Zwierza. Ludzie stawali po drodze i się gapili bo kto łazi po miejscowości nadmorskiej tak ubrany? Do tego ta jego ryba robiła swoje.

Nie wiem jak , ale przed sklepem wszystko mi po prostu zleciało na ziemię, nawet nie patrzyłem gdzie spadło. Celem było tylko się napić . Pragnienie było nie do wytrzymania....

Zwierzu:

SKLEP! Piwo! Mniam! Pierwszego bawara wypiliśmy duszkiem. Kolejne dwa zabraliśmy na plażę. Musieliśmy wyglądać dość zabawnie bo tubylcy dokładnie nam się przyglądali.

Animal

 

Zwierzu

***

W czasie, gdy Animal i Zwierzu gasili pragnienie zimnym piwem Banio i Ziomek pokonywali kolejne kilometry w poszukiwaniu troci.

***

Ziomek:

Telefon od chłopaków, którzy poszli w dół rzeki. Są w... Mrzeżynie, nad morzem! Doczłapali się w woderach, z całym porannym ekwipunkiem, aż na plażę. Siedzą na falochronie i kibicują tubylcowi łowiącemu śledzie. My z Baniem wracamy do auta i jedziemy na most kolejowy w Nowielicach, pooglądać czy są rybki. Dostrzegamy tylko jedną niedużą trotkę.

Zwierzu:

W trakcie, gdy Banio z Ziomkiem biegali nad Regą, ja z Animalem leżeliśmy plackiem na plaży pijąc piwko. Przy brzegu w wodzie leżał szczupak, który robił nie lada zamieszanie wśród spacerowiczów. Ci bardziej obeznani w wędkarstwie wdawali się z nami w dyskusję na temat łowienia szczupaków w morzu. Wkręcaliśmy oczywiście każdemu, że szczupak został złowiony w Bałtyku. Najzabawniejszy był jeden jegomość, który wcześniej obserwował nas przez lornetkę. Zdyszany podbiegł do nas i zapytał, czy ta ryba to na pewno szczupak. Odparliśmy, że tak. Zamyślony podrapał się po głowie po czym rzekł: "Dzwoniłem przed chwilą do kolegi-wędkarza, który uparcie twierdził, że w morzu szczupaka się nie złowi. Ale przecież sam widziałem jak go holowaliście! Muszę do niego znowu zadzwonić!!!" Animal odpowiadział: "Wziął tutaj, obok palów na alge numer 3!" Jegomość potrząsając głową, z niedowierzeaniem uciekł w kierunku swojego koca. Widzieliśmy później jak, ostro gestykuluje rozmawiając przez telefon...

Animal:

Na plaży robiliśmy furorę . Spacerujący jesienni plażowicze zobaczyli nagle wyłaniających się z za wydm dwóch gości ubranych w kamizelki maskujące, okulary polaryzacyjne, plecaki, wodery, trzymających w rękach na wpół złożone wędki i gdzie jeden z nich miał w ręku jakąś rybę. Pewne dwie kobiety robiły sobie nawet fotkę z nami w tle.

Wodery szybko zleciały, skarpetki też. Muszę przyznać, że woda była niezwykle przyjemna dla moich stóp zmęczonych takim długim marszem. Siedząc już na palach i pijąc browara wpadliśmy na pomysł aby zrobić sesję zdjęciową z holu szczupaka w morzu. Jakiś przechodzący starszy pan zapytał co to za ryba. "Łosoś" - odpowiedziałem - przecież ma zęby! Chciał go odkupic ale się nie daliśmy :P

Najlepszy był jednak gość , który oglądał nas najpierw na powiększeniu w swoim aparacie foto a potem robił jeszcze fotki myśląc że Zwierzu faktycznie holuje rybę...

Hol bałtyckiego szczupaka

Zwierzu:

Po dość długim leniuchowaniu nad brzegiem Bałtyku udaliśmy się na Mrzeżyńskie molo. Po drugiej stronie Regi, tej od miasta, wędkarze łowili z gruntu. My rzucaliśmy gumkami w poszukiwaniu sandaczy. W pewnym momencie Animal mówi, że coś ciągnie. Jednocześnie zauważyłem poruszenie u wędkarzy z naprzeciwka. "Coś bierze!" - krzyczeli. W pierwszej chwili nie skapnęliśmy się o co chodzi. Dopiero jak Animal zobaczył, że ciągnie czyjąś żyłkę było wszystko jasne - zaczepił zestaw gruntowców!

Animal:

Zahaczyłem spiningując w porcie w porcie zarzuconą z drugiej strony czyjąś wędkę. Po krótkim holu wyłoniła się z wody żyłka , która natychmiast się odczepiła. Sygnalizator, który zawył u nich ściągnął sporo ludzi patrzących z nadzieją na ujrzenie fascynującego holu...

Zwierzu:

Gruntowcy nic nie podejrzewając patrzyli z radością, jak wieeelka ryba wyciąga im w przerażającym tempie kolejne metry żyłki. W tym samym momencie żyłka, którą ciągnął Animal spadła mu z jego kopyta. Akurat spadła w idealnej chwili, gdyż jeden z gruntowców zaczął podejrzewać, że to my ciągniemy ich zestaw. Dla niepoznaki zaczęliśmy obławiać strefę przy naszym molo, paląc głupa, że "my tak daleko nie rzucamy!". Tubylcy tymczasem doszli do wniosku, że czas zacinać. Jeden z wędkarzy wybrał luz na żyłce, z całej siły zaciął: SIEEEEEDZI!!!! Krzyknął tak głośno, że aż mewy spłoszył. My z Animalem ze śmiechu nie mogliśmy ustać na nogach. Ale zaraz... wędka rzeczywiście się wygina, czyżby jednak jakaś ryba przywaliła w robaczki?! Nagle śmiech na przeciwnym brzegu wszystko wyjaśnił. Zamiast ryby na haczyku wisiały jakieś majtki! Ze śmiechu prawie wpadłem do Regi!

Animal:

Śmiał się śmiał, ale sam po chwili rzucając nieopatrznie w stronę otwartego morza zahaczył plecionką o mewę, która wpadła do wody ze splątanym skrzydłem. Obracm się i co widzę. Stoi Zwierzu z wygięta w pałąk wędką i pompuje delikatnie. A na końcu zestawu siedzi potulnie na fali spora mewa.

Nawiasem mówiąc jeden z wędkarzy już leciał do niego z podbierakiem myśląc że cos ma. No i cos miał ale nie to co by chciał!!

Zwierzu zdecydował się podholować ją delikatnie to kamieni koło falochronu i tam ja odczepić. Jak pomyślał tak i zrobił. Mewa dała się delikatnie odhaczyć aby po chwili unosić się nad naszymi głowami pozując Zwierzowi do zdjęcia...

Ziomek:

Jako, że zaraz wieczór, jedziemy do Mrzeżyna po strudzonych wędrowców!

Animal:

Po całym prawie dniu wędrówek, plażowania zacinania cudzych zestawów oraz mew - wylądowaliśmy na falochronie ujścia Regi do morza. Siedział sobie tam gościu najspokojniej w świecie łowiąc śledzie. Ciągnął przy nas to jednego to po dwa śledzie i pakował do wiaderka. Byliśmy tak zafascynowani tą metoda łowienia że na rozmowie z tym wędkarzem zleciał nam czas oczekiwania na pozostałych chłopaków . Postaliśmy jeszcze chwilę ciesząc się zachodzącym po woli słońcem najodowanym powietrzem i drącymi się mewami. Potem wędki z woderami do samochodu i udaliśmy się na morską rybkę prosto do najbliższej smażalni. Świeżo smażona rybka po takim pełnym w przeżycia dniu była niesamowitym ukojeniem.

Podlana lekko piwem pozostanie na długo we wspomnieniach.

Ekipa w komplecie

 

Zwierzu:

Zapach smażonej rybki zwiększył u nas głód. Postanowiliśmy zjeść po kawałku dorsza. Jako pierwszy zamówienie składał Animal, Ktoś z nas rzucił do niego tekstem: "Tato, mogę piwo?". Leżeliśmy ze śmiechu po raz kolejny. Z pełnymi brzuchami pojechaliśmy na nasza metę rozpracować 40%.

 

SOBOTA

 

Ziomek:

Wstajemy ciut później. Najpierw wizyta w sklepie wędkarskim w Trzebiatowie. Kupujemy jakieś blachy i... zestawy śledziowe!

Zaczynamy wędkować po 10:00. Ale nic się nie dzieje. Pierwsze ryby dostrzegamy z mostu kolejowego. Stoimy na nim z Baniem. I nagle, z rynny pod nami, wyłania się przyzwoita 70-tka! Ryba jest kilka metrów od łowiącego pod nami Grubegozwierza. Zaraz ja zapnie! Kolejny rzut, wiemy gdzie stoi, naprowadzamy Grubegozwierza na rybę i...

I nic. Nie widać ryby, nie ma brania. Minuty mijają. Lecę na dół. Obławiam i ja rynienkę. Wiem dokładnie gdzie stała, przecież widziałem ją z góry! Kilka rzutów i nic! Animal idzie w górę od mostu. I drze się! JEST! Ma rybę! Jednak ją dostał! Po chwili ma na brzegu ładnego... okonia...

Zwierzu:

Szczęściarze! Oni przynajmniej widzieli trotkę. Ja w sumie wcześniej widziałem dwa wymiarowe szczupaki stojące niczym lipienie przyklejone do warkocza podwodnego zielska, ale trotek ani widu ani słychu. Chłopaki zostali koło mostu, ja poszedłem ze 100m w dół rzeki. Woda w tym miejscu była dość płytka, założyłem więc żółtego pstrągowego woblerka. W kolejnym rzucie kątem oka zauważyłem w wodzie ryby. Nogi mi zmiękły w kolanach.. Przy dnie haotycznie płynęło stadko trotek. W pierwszym momencie powiedziałbym, że takich metrowych! W rzeczywistości miały ok. 70 cm. Płynęły bardzo nerwowo, zygzakami... Mój wobler znalazł się akurat przed nimi. Dokładnie wtedy, gdy był od trotek może z 50 cm, ryby... uciekły! Rozpierzchły się każda w inną stronę. SZOK! Wsykoczyłem szybko na łąkę krzycząc i gestykulując w kierunku całej reszty. W okamgnieniu zminiłem woblerka na obrotówkę. Podkradłem się nad wodę. BYŁY. Rzut powyżej stadka trotek. Mniej więcej po kilku obrotach korbką jedna z trotek wyraźnie zaintersowana moją przynętą wykonała jakby ruch do ataku. Jednak zbliżyła się tylko do mojej błystki, ataku sie nie doczekałem. Nerwowo zacząłem przerzucać pudełką z przynętami w poszukiwaniu killera. Tymczasem stadko podpłynęło wyżej, koło mostu, pobiegłem więc za nimi...

Animal i Zwierzu

Animal:

...stoję pomiędzy Zwierzem a Ziomkiem. Wiem że i niżej i wyżej są trocie. Do wody leci już chyba z dziesiąty wobler. Zmieniam na obrotówki, wahadła i nic. Zakładam swojego killera pstrągowego i też nic. Przed oczyma przesuwają mi się ze trzy spore ryby... wrzucam celnie woblerka ten przechodzi im pół metra przed zębami a one uciekają w popłochu ....

Ziomek:

Brodzę przy brzegu pod mostem. Banio stoi na moście, już je widzi i naprowadza mnie, a raczej moją nowo-zakupioną, rewelacyjną wahadłówkę trociowo-łososiową na płynącą rybę. Zaraz walnie! Wahadło już metr od niej! W tym momencie rryba ucieka jak oparzona kilka metrów w dół rzeki. Po chwili przepływa obok mnie i pędzi w górę rzeki. Ech z tymi trociami...

Później dowiemy się, od bardziej doświadczonych niż my wędkarzy, że idąca w górę ryba jest praktycznie nie do złowienia. Musi się zatrzymać, znaleźć sobie stanowisko, wtedy dopiero mamy szansę. Ale skąd mieliśmy to wiedzieć?

Od wędkarzy z Warszawy dowiadujemy się, że w Redze, ryby do czwartku spławiały się i nawet brały, tymczasem od piątku cisza. Nikt nic nie złowił. Na Parsęcie trwają zawody Salmo Parsęty. Na 200 ludzi, złowiono bodaj 12 ryb. To ponoć rewelacyjny wynik.

Zwierzu:

Przerwa na posiłek! Przy okazji przyszywam sobie naszywkę PW do kamizelki (mocowanie na Super Glue się nie sprawdziło).

Przerwa śniadaniowa

Szyjący Zwierz

Efekt końcowy

 

Zrezygnowani postanawiamy podbudować się poprzez łowienie śledzi. Pędzimy do Mrzeżyna, na port. Dwóch wędkarzy już tam łowi, trafiają się śledziki. Zaczynami i my. Każdy z naszej czwórki ma nadzieję przełamać złą passę w łowieniu ryb niespotykanych w naszych regionach. Teraz szczytem marzeń jest zwykły śledź. Mamy pojedyncze skubnięcia. W końcu zacinam COŚ! Wydzieram się dopiero w momencie, gdy mój śledź (pierwszy!) jest na betonowym nabrzeżu. TO JA TU JESTEM KRÓLIKIEM! krzyczę na całe gardło! No, prawie bo po chwili mój śledź okazuje się certą! Jak pech to pech ;/. Pierwszego śledzika zalicza Jacek (Animal), za jakiś czas jednego łowi Banio (już nie trociowiec, teraz to Banio-śledzik). Grubyzwierz, jak to on ma w zwyczaju, łowi rybę, której, nikt z nas nie spodziewałby się. Na choinkę wyciąga... sandacza. No, sandaczyka, bo ma może 15 cm. Ciemno już. Kończymy na dziś.

Animal i jego śledź

Banio-Śledziowiec (a miał być Banio-Trociowiec z żyłką fluo 0,20)

Przy okazji nasłuchaliśmy się opowieści o kłusolach. Aż dziwne, że tam ryby w ogóle są jeszcze! Podobno do połowy września rybacy grodzili sieciami całe ujście rzeki. Wróble ćwierkały, że w jedną noc, pseudo-rybacy postawili sieci w poprzek rzeki, pod mostem w Mrzeżynie. W ciągu kilku godzin wyjęli ok. 400 kg ryb. Do tego spotkany miejscowy spławikowiec bez ogródek opowiada, że łowi na robaki, że on może, bo mają jakieś porozumienie z.. .Zgłupiałem... Może rzeczywiście wolno? Później kolejny miejscowy uświadamia mnie, że kiedyś istniało niepisane, ciche przyzwolenie na połów w Redze na robaki! Chodziło o umożliwienie złowienia ryb takich jak leszcze, płocie czy okonie! Z czasem proceder rozwinął się na spora skalę. A zamiast białych robali na delikatnych płociowych zestawach, zaczęto używać linek 0,40mm, a na kotwicach pęki czerwonych robali i ikry! Szkoda słów.

Zwierzu:

Koniec łowów. Zwijamy sprzęt. Widzimy jak do portu wpływa rybacki kuter. Idziemy na zwiady. Rybacy mają kilka skrzyń z malutkimi dorszykami, kilka wiader fląder. Dostrzegamy też kilka trotek. Ogólnie słabo. Kupujemy kilka dorszy i jedziemy na ucztę. W naszej domkowej kuchni sprawiamy ryby. I tu rodzi się dylemat: robimy dzwonka czy filety? Ostatecznie ostrym nożem zrobiłem filety. Tymczasem na ruszt trafia kiełbasa w cebuli. Ślinotok to mało powiedziane. Do browarka ryba smakuje rewelacyjnie. Ten smak będę miał w gębie przez kolejne dłuuuugie miesiące.

Sprawianie ryb

Banio-Smażyciel

Wyżerka

Popijawka

Po kolacji dalszy ciąg relaksu z "czyścioszką". Na polu bitwy zostałem w sumie sam z Animalem. Ten nie wiadomo skąd wyjął nalewkę aroniową na spirytusie produkcji jego taty. Wspaniały smak! Po jakimś czasie zmęczeni ciężkim wędkowaniem idziemy spać.

 

NIEDZIELA

 

Ziomek

Ostatni dzień. Walczymy w Trzebiatowie i nieco poniżej. Bez wyników niestety. Dostrzegam jedną przemykająca rybę i tyle. Napotkani wędkarze też narzekają. Na Parsęcie druga tura zawodów. Wyniki nieco gorsze, niż wczoraj, ale kilka ryb pada.

A u nas, na Redze, nędza.

Wracając zahaczamy o Mrzeżyno. Kilka rzutów zestawami śledziowymi. Kilka fotek na pożegnanie. Pogoda piękna. Wiatr spory. Pewnie jutro będą brały.

Wpadliśmy po uszy. W styczniu powtórka!

 

"10 w skali Beauforta!"

Pożegnalna fotka

****

I tak oto dobiegła do końca opowieść o spinningistach znad Odry, którzy kierowani ambicją postanowili zapolować na pomorskie trocie. Mimo iż nie złowili ani jednej, gwarantuje Wam, że tak udanej imprezy nikt z nich wcześniej nie zaliczył. Do następnego razu!!!

Tekst i foto: Animal, Banio, Ziomek, Zwierzu

 

       

 

STRONA GŁÓWNA => RELACJE Z WYPRAW

 

 

 

Menu prawe

 


 

 

POLECAMY

pajacyk_139x68.gif

 

 

stat4u

 

 

Top 100 o Wedkarstwie

 

Wedkarstwo

 

 

 

grubyzwierz

Wszelkie prawa zastrzeżone. © 2006-2011 GrubyZwierz.com Projekt i wykonanie: GrubyZwierz

E-mail: waldek@grubyzwierz.com

Odsony: 617 Unikalne:97 Dzisiaj: 8 Online: 2Top: 18-10-2018 (89)